Z Katarzyną Milewską – marynarzem rozmawia Milena Bonisławska

Proszę powiedzieć jak to się stało, że pracuje Pani na statku?
-Można powiedzieć, że to przypadek sprawił, że pracuję dziś na statku. Wzięłam udział w konkursie, w którym wygraną był wzięcie udziału w rejsie dookoła świata na „Darze Młodzieży”. Udało mi się wygrać i wziąć udział we fragmencie tego rejsu z Los Angeles przez Meksyk do Panamy. Wcześniej praca na statkach, zwłaszcza że jestem z Ciechanowa, wydawała mi się czymś bardzo abstrakcyjnym, dlatego nigdy nawet nie brałam jej pod uwagę. Byłam wtedy w takim wieku, że wciąż łatwo mogłam rozpocząć kolejny kierunek studiów, więc zdecydowałam się na nawigację morską w Gdyni.
Jaki to statek i jaką funkcję Pani pełni?
– Pracuję na statku ratowniczym, który stoi przy platformach wiertniczych. Jego głównym zadaniem jest stałe czuwanie przy instalacjach i natychmiastowa reakcja w sytuacjach zagrożenia. W przypadku ewakuacji podejmujemy ludzi z wody przy użyciu łodzi ratowniczych i udzielamy im niezbędnej pomocy medycznej na pokładzie. Możemy też gasić pożary czy likwidować wycieki olejowe. Jesteśmy w stanie gotowości 24 godziny na dobę.
Co zatem należy do obowiązków?

– Jestem jedną z 3 osób w szybkiej łodzi ratowniczej, która ma za zadanie podjąć osoby z wody, jest to moje główne zadanie z uwagi na specyfikę statku. Akcje ratownicze zdarzają się jednak bardzo rzadko, dlatego na co dzień mamy dużo ćwiczeń – musimy pozostawać w stałej gotowości. Oprócz tego wykonuję typowe prace pokładowe i konserwacyjne: malowanie, usuwanie rdzy, drobne naprawy. Biorę udział w manewrach cumowania i odcumowania statku. Pomagam czasem także innym członkom załogi-kucharzowi czy mechanikowi.
Zarówno na lądzie jak i na morzu może być niebezpiecznie. Czy była Pani w sytuacji zagrożenia życia?
– Tak. Podczas ćwiczeń „człowiek za burtą” nakryła nas duża fala która przewróciła łódkę do góry dnem a ja znalazłam się pod nią i przez chwilę nie wiedziałam, co się dzieje. Byłam bardzo zdezorientowana i myślałam, że się topię. Na szczęście dość szybko wypłynęłam. Cały dzień po tej sytuacji ciekła mi woda morska z nosa. Fale były wysokie, robi to przerażające wrażenie kiedy człowiek się pośród nich znajdzie. Na szczęście jesteśmy szkoleni na takie sytuacje. Mamy ćwiczenia, które mają wpoić nam odpowiednie procedury postępowania. W tej sytuacji wszystko poszło sprawnie i początkową panikę dało się uspokoić tym, że dokładnie wiedzieliśmy co mamy po kolei zrobić. Mimo wszystko uczy to ogromnej pokory do morza.

Statek to raczej męski świat, czy trudno pracuje się z mężczyznami? Można liczyć na jakąś taryfę ulgową?
-Gdybym z góry chciała liczyć na jakąś taryfę ulgową, to myślę, że nie wybrałabym pracy w środowisku, w którym dominują mężczyźni. Statek, na którym pracuję, nie wymaga od nas bardzo dużej siły fizycznej, ponieważ nie pracujemy z ładunkiem, nie myjemy ładowni ani nie mocujemy kontenerów, jak ma to miejsce na masowcach czy kontenerowcach. Oczywiście pomagamy sobie nawzajem, ale to działa w obie strony, nie jest tak, że tylko mężczyźni pomagają mnie. Ja również pomagam im, jeśli widzę, że tego potrzebują. Głównym utrudnieniem w pracy są warunki które panują na Morzu Północnym pogoda bywa bardzo trudna, szczególnie zimą, kiedy często występują sztormy. Dlatego rzadko nosi się coś w pojedynkę. Dbamy o siebie nawzajem i pomagamy sobie, żeby nikomu nie stała się krzywda.
Dużo kobiet pracuje w marynarce?
– U mnie na statku jestem jedyną kobietą, ale w firmie i na morzu jest ich coraz więcej, czy to na pokładzie czy na mostku.
Wiadomo, że praca na morzu wiąże się z długim przebywaniem poza domem. Jak w takiej sytuacji połączyć życie rodzinne z zawodowym?
– Zdecydowanie nie jest to proste. Słyszałam historie gdzie dzieci z rodziny gdzie ojciec był marynarzem, po powrocie długich kontraktów pytały matkę ,,kim jest ten pan który z nami”. Jednakże dziś nie pracuje się już raczej na tak długich kontraktach jak kiedyś, ja sama pracuję tak, że miesiąc jestem w domu i miesiąc na statku i mam to szczęście, że oboje z narzeczonym pracujemy w tej samej firmie i zgraliśmy kontrakty tak, że kiedy ja jestem w domu, on również jest w domu. Jeśli chodzi o życie rodzinne, staram się po prostu maksymalnie wykorzystywać czas, kiedy jestem w domu, i spędzać go jak najwięcej z bliskimi, ponieważ często nie ma mnie w domu na święta czy inne okoliczności rodzinne.
Tęskni Pani za Ciechanowem?
– Tak, oczywiście, że tęsknię. W Ciechanowie jest cała moja rodzina, dlatego staram się być tutaj tak często, jak tylko mogę. Bardzo lubię to miasto i wiążę z nim swoją przyszłość – mam plan, żeby w przyszłości tu zamieszkać i wrócić na stałe.
Co powiedziałaby Pani kobietom, które boją się podjąć ryzyko aby podążać za marzeniami?
– Powiedziałabym im, że strach jest czymś naturalnym, ale nie powinien być tym, co podejmuje za nas decyzje. Bardzo często kobiety są wychowywane w przekonaniu, że są słabsze, że powinny być ostrożniejsze, grzeczniejsze, mniej widoczne. Tymczasem rzeczywistość pokazuje coś zupełnie innego. Kobiety każdego dnia udowadniają, jak ogromną mają siłę, łączą wiele, często sprzecznych ze sobą ról, często przecież większość odpowiedzialności i obowiązków jest na ich barkach. Skoro potrafią unieść tak wiele, to dlaczego miałyby nie mieć siły sięgać po swoje marzenia? Oczywiście wchodząc w środowisko zdominowane przez mężczyzn, raczej na pewno spotkają się z umniejszaniem czy pobłażliwym traktowaniem. Trzeba mieć tego świadomość i wiedzieć, ze bierze się to z ograniczeń i lęku osoby oceniającej. Świat nie jest już miejscem, w którym kobiety muszą stać z boku. A największą barierą bardzo często nie jest środowisko, tylko nasze własne przekonanie, że „może się nie uda”.
Dziękuję za rozmowę
fot. Archiwum K. Milewska













